piątek, 9 maja 2014

Bushmills Single Malt 10YO

W trakcie zakupów w hipermarkecie, tradycyjnie aby złapać oddech, zaszedłem do działu monopolowego, zobaczyć co się dzieje na mojej ulubionej półce. Szybko mój wzrok przyciągnęło estetyczne pudełko barwy butelkowej zieleni, zawierające w sobie flaszkę dziesięcioletniego single malta od Bushmilla. Mając w pamięci dobre doświadczenia z Bushmillem "czarnym" (co prawda ze względu na moc, mało typowym jak na whiskey z Irlandii) postanowiłem ulec pokusie.

Butelka to klasyka w wykonaniu Bushmilla - czterościenna o gładkich krawędziach bocznych, zamykana korkiem zamiast nakrętki. Kolor ciężki do określenia - nieco ciemniejszy niż złoto, ale bez nut czerwieni, które mogłyby podciągnąć go pod miedź lub bursztyn. Po długim namyśle doszedłem do wniosku, że kojarzy mi się z barwą mosiądzu. Sam płyn rzadki jak woda, ale na szkle pozostawia bardzo wyraźnie, jakby cieniutkim ołówkiem zarysowaną linię. Zapach - jabłka, jabłka jeszcze raz jabłka... Jak w pełni sezonu w sadzie pod Grójcem. Pierwszy łyk i od razu bardzo przyjemne oddalenie. Słodycz, miód, owoce, lekki ślad skórki pomarańczy. Finisz łagodny, właściwy szlachetnemu trunkowi, nie piekący, długotrwały.

Warto.

Barwa: Mosiężna
Konsystencja: Rzadka choć pozostawia bardzo wyraźnie zarysowany ślad na szkle
Zapach: Jabłka
Smak: Słodkawy, miód, owoce
Finisz: Łagodny, długotrwały
Cena: 133 zł
Ocena: ****

piątek, 28 marca 2014

Ze Slaxem w Berlinie

Wiatr historii pchnął mnie na jeden dzień do Berlina - choć bliska to naszej stolica, w moich wojażach firmowych zdecydowanie niecodzienna.


Dowiedziawszy się, że skorzystam z usług linii Air Berlin, spodziewałem się emocji związanych z lotem maleńkim samolocikiem. Moje zdziwienie było spore, gdy do rękawa na Okęciu podjechał A319, obok RJ-a 85 moja ulubiona maszyna, przestronna, cicha i wygodna. Ciekawe, że na dystansach dwukrotnie (Bruksela) lub trzykrotnie (Tbilisi) dłuższych, LOT używa wyraźnie mniejszych i mniej komfortowych Embraerów. Zawsze ubolewam, że Airbusy ominęły naszego narodowego przewoźnika.

Autobus z lotniska Tegel na Alexanderplatz (linia TXL) kosztuje 2.6 E - wyraźnie taniej niż ten, który z lotniska w Brukseli jedzie do Ronda Schumana.

W hotelu byłem ok. póltorej godziny przed przepisowym zameldowaniem - jednak przemiła recepcjonistka z Polski nie czyniła z tego żadnych problemów. Polki pracujące w hotelach całej Europy to dobre duchy moich podróży. Spotkałem je w Wiedniu, Brukseli i właśnie teraz, w Niemczech.

Korzystając z pięknej pogody i połowy dnia wolnego czasu, odbyłem dwa spacery, przedzielone uczciwą drzemką. Na jednym ze skwerów przy Alexanderplatz, tuż przy placu budowy, po trawie kicały wesoło dzikie króliki. Zauważyłem też, że sporym zainteresowaniem cieszą się sprzedawane przez licznych ulicznych handlarzy pamiątki po NRD i ZSRR - głównie medale, odznaki i czapki. 

Skierowałem swe kroki do poleconej przez koleżankę gospody, gdzie za niecałe jedenaście Euro dostałem gigantyczną golonkę, z ziemniakami, kapustą, pastą z grochu, musztardą, kufelkiem piwa i kieliszkiem wódki (wszystko w cenie). Pamiętam dobrze, za co już jako dziecko kochałem Niemcy - właśnie za to, jakie porcje dają w restauracjach i ile ich cena obejmuje. Kraina obfitości. Zasłyszałem też, że kelner, który mnie obsługiwał, mężczyzna w średnim wieku, mówił płynnie w czterech językach (niemiecki, angielski, rosyjski, francuski).

Czekając na samolot powrotny na Tegel, uświadczyłem jakiegoś nagłego uderzenia antyklasyki. Stojąc w kolejce do Burger Kinga, chcąc pozbyć się monet, zorientowałem się, że brakuje mi 1E do planowanego zestawu. Wyjąłem więc z portfela banknot 10E, którego wcale nie chciałem rozmieniać, bo co po powrocie zrobię z bilonem. I wtedy nagle, jeden z gości baru klepnął mnie po ramieniu i dał mi 1E. Nie wiem, czy pomyślał, że je zgubiłem, czy zauważył, że mi akurat brakuje - byłem tak oniemiały, że zapomniałem języka w gębie. Pomyślałem jednak - nawet jeśli nie mi się to euro należało, ktoś kto je zgubił, przesadnie nie zbiednieje. Dlatego też cynicznie wykorzystałem sytuację, posilając się przed drogą do Warszawy.

(tym którzy mają alergię na rozmowy informatyczne, dziękuję już za uwagę)

Wyjazd ten miał też silny wątek komputerowy. Ponieważ przełożeni bardziej niż zwykle zainteresowali się tym konkretnym spotkaniem i zażądali szczegółowego sprawozdania, koniecznym było zabranie ze sobą laptopa. Służbowy jest ciężki i nieporęczny, postanowiłem więc zabrać z domu starego netbooka z legalnym XP. Ze względu na swój wiek, maszyna ta dość się muliła (mimo wszelkich zabiegów odmulających), stąd pomysł, aby użyć jakiejś wersji Linuxa live USB.

Gdy życie daje pretekst, by poznać jakąś nową dystrybucję, serce mi rośnie. Tym razem było jednak wyboiście. Na pierwszy ogień poszedł Porteus z LXDE (zdecydowanie mój ulubiony interface - tu najbardziej odpowiadający dodatkowo celowi ćwiczenia). I niestety, nie poszło jak miało pójść - system działał dobrze, ale tylko w trybie "always fresh" czyli bez zapamiętywania ustawień (co zbytnio nie przeszkadzało na potrzeby tej delegacji, ale ja nie lubię jak coś w kompie nie działa tak jak powinno). W trybie normalnym - w ogóle nie miał obsługi wifi . Ale to tylko połowa problemu. W trakcie prób z Porteusem całkowicie wywrócił się XP. Uruchomienie normalne komputera (rozruch z dysku twardego) stało się całkowicie niemożliwe - natychmiast po odpaleniu następował blue screen of death.

Był już wieczór przed wylotem, czas na eksperymenty i zapytania na forach się skończył, a maszynę do pisania trzeba było zabezpieczyć. Z odsieczą przyszedł Slax. Poza jedną wadą - dość wolnym uruchomieniem (choć i tak niebo lepszym w porównaniu ze starym XP) okazał się całkiem przyjemnym systemem, w pełni zabezpieczającym minimalne potrzeby delegata - edytor tekstu, mp3, filmy, mail, Skype.

To co w Slaxie spodobało mi się najbardziej, to metoda wgrywania nowych pakietów. Zamiast wpisywać linijki kodu do terminala, ściągamy pojedynczy plik ze strony i umieszczamy go w odpowiednim katalogu na systemowym pendrivie. Wszystko. Po uruchomieniu Slaxa, dana aplikacja będzie gotowa do użytku.

Interesujące, że na bazie jednej z najmniej przyjaznych rzekomo dystrybucji jaką jest Slackware (na marginesie, najstarszy linux, który wciąż jest rozwijany), powstał system nadający się dla najmniej doświadczonego użytkownika. Slax zyskał moje uznanie, gdyż obronił ważny odcinek frontu – mogłem na bieżąco klepać zapisy obrad i raportować niezwłocznie do centrali. A do tego wracając, na lotnisku, gdzie nie miałem co zrobić z czasem, zrobiłem jeszcze fuchę w postaci tłumaczenia, które akurat mi wpadło.

Po powrocie planuję pozbyć się z wysłużonego lapka XP (nawet naklejka z kluczem tak się już wytarła, że uczyniła go nieczytelnym) i wrzucić nań coś z LXDE, do którego czuję wyraźną miętę (jak i w ogóle do porcedury rewitalizacji złomu). Slax jednak pozostanie u mnie w miłej pamięci.


wtorek, 18 marca 2014

Grant's 12 YO

Ze względu na niską cenę i powszechność, kilka razy miałem okazję próbować wersji Grant'sów z niskiej półki - czerwonego (klasyczny) i niebieskiego (dojrzewający w beczkach po piwie). Nie były to doświadczenia niezapomniane. Oba nie wyróżniały się niczym szczególnym, a drugi z wymienionych był wręcz miałki.

Co skłoniło mnie by dać szansę Grant'sowi z półki jeśli nie średniej, to już nie najniższej? Mowa tu o jego wersji 12 - letniej, rozlewanej do charakterystycznych dla tej marki butelek o trójkątnej podstawie, opatrzonych grafitową etykietą z motywami liściastego drzewa. Jakby to dziwnie nie zabrzmiało, owa butelka właśnie, zachęciła mnie do spróbowania swej zawartości. Od zawsze projekt graficzny jest czymś na co zwracam uwagę - i w opakowaniach, i w heraldyce i w strojach drużyn sportowych. "Layout" Grant'sa dwunastoletniego niezwykle mi się spodobał, jest elegancki, klasyczny i jakby nieco zamierzchły, nawiązujący do korzeni. Ale oczywiście nie to było najważniejsze. Podstawowym celem ćwiczenia było zbadanie, czy opłaca się kupować droższe wersje pospolitych łyskaczy, spożywanych przez lud powszechnie z colą na imprezach (co nawet nie wzbudza oburzenia, bo żadne arcydzieła to nie są).

Barwa: bursztynowa, ciemniejsza niż średnia.
Konsystencja: lekko oleista, zostawia ślady na szkle, choć języka nie klei.
Zapach: piękny. Miód i rodzynki, słodki, można się zapomnieć.
Smak: intensywny, wyraźny, motywy wybijające się to jagody i suszone śliwki.
Finisz: mocny ale nie szczypiący.
Cena: 110 zł
Ocena: **** (dobra)

Z pewnością różnica ceny między wersjami podstawowymi Grant'sa a wersją 12 YO oddaje w pełni różnicę jakości. Dwunastolatka jest bez porównania lepsza. Czy w tej kategorii cenowej, jest zasadną propozycją? Moim zdaniem tak. Grant's 12 YO to wyrazista i ciekawa whisky, warta spróbowania.



Powrót

Dawno mnie tu nie było. Szczerze mówiąc byłem o krok od oficjalnego zamknięcia tego bloga, gdyż wydawało mi się, że w miarę rozwoju Facebooka, powoli tracił on rację bytu. Od tego zamiaru odwiodła mnie małżonka, za co jej teraz dziękuję. Ci, którzy mnie znają wiedzą, że mam dziwną potrzebę pisania, o sobie, o tym co dookoła, o tym co dla mnie ważne. Facebook zapewniał do tego platformę a do tego sprzyjał ognistym dyskusjom. W końcu jednak zacząłem być nimi zmęczony. Sporo emocji, w dużej części negatywnych, wyzwala ten portal. Blog siłą rzeczy mam wrażenie wymusza i na autorze i na komentatorach więcej spokoju i opanowania. A tego mi chyba w tej chwili brakuje. Zatem do dzieła, choć nie mogę zagwarantować, że nie jest to tylko chwilowe przebudzenie.

Ze spraw technicznych - dodaję nową kategorię tematyczną, a mianowicie whisky. Przez ten czas kiedy mnie tu nie było, wszedłem głębiej w ten temat i chciałbym podzielić się swoimi obserwacjami. I to o whisky będzie następny wpis. 

wtorek, 25 grudnia 2012

W narożniku


Miałem nadzieję, że rok 2012 przyniesie mi ukojenie po swoim bardzo trudnym poprzedniku. Tak się niestety nie stało. Upływające dwanaście miesięcy było w równym stopniu pełne stresów i rozczarowań, chociaż ich bilans nie jest dla mnie tak jednoznacznie ujemny.

Mimo to, jestem zmęczony. Czuję się jak bokser który doczekał kolejnego gongu, zepchnięty do narożnika, pod gradem ciosów. Jeszcze trzymam gardę, jeszcze staję do następnej rundy, ale jestem coraz bardziej wycieńczony i posiniaczony. 

Wciąż ujawniają się efekty decyzji, które podjąłem w przeszłości i które teraz okazują się błędnymi. Odczuwam silną potrzebę zmian, ale brakuje mi odwagi do ich przeprowadzenia i wciąż naiwnie liczę, na uspokojenie sytuacji.

Dają mi też popalić źli ludzie, których trochę się ostatnio w otoczeniu namnożyło. W tym roku przekonałem się, że w życiu należy się bardzo strzec nieudaczników. Oni wbrew pozorom, mogą wiele złego uczynić.

***

LzM ciągle istnieją, chociaż w połowie roku myślałem poważnie aby je zamknąć. Z powodu pojawienia się Facebooka, miałem wrażenie, że formuła tego bloga całkowicie się wyczerpała. Od tego zamiaru odwiodła mnie małżonka i chyba dobrze się stało. Widzę wciąż rolę dla tej strony w przedstawianiu dłuższych i bardziej osobistych wpisów. Nomen omen witryna niedługo przed końcem roku osiągnęła 10.000 odsłon.

***

Jest jeszcze jedna sprawa o której chciałbym napisać. W 2012 r. pojawiło się w moim życiu nowe zjawisko a mianowicie "koledzy cyfrowi". Poznałem w pewnej grze online dwóch jegomościów. Nigdy nie widziałem ich na żywo, nigdy nawet nie rozmawiałem z nimi przez telefon. Z jednym z nich gadam sporo na komunikatorach tekstowych a z drugim piszę długie maile (przy okazji ćwicząc angielski). Choć może się to komuś wydawać dziwne, mam wrażenie, że znamy się jak łyse konie i są to dla mnie ważne figury. W końcu i w przeszłości występowali tzw. znajomi korespondencyjni. Zmieniła się tylko forma przekazu tekstu. Ogólnie zjawisko zdecydowanie pozytywne.

***

Wszystkim czytelnikom LzM tradycyjnie życzę tego, aby w przyszłym roku było lepiej. Najlepszego!